O sztuce rezygnowania. Jak minimalizm uratował mojego bloga

O sztuce rezygnowania

Nie można mieć wszystkiego. Naraz. Tak mówi moja koleżanka i długi czas bardzo mi się to zdanie podobało. Bo nawet jeśli dzisiaj nie mam wszystkiego, to zawsze mogę mieć jutro. Teraz myślę inaczej. Nie można mieć wszystkiego. I kropka. A nawet nie należy. Dlatego dzisiaj piszę o sztuce rezygnowania.

Wkręciłam się niedawno w minimalizm. Nie wiem dokładnie, jak to się stało. Chyba YouTube zasugerował mi filmik. Sztuczna Inteligencja robi się coraz bardziej inteligentna. Nie będę wchodzić w szczegóły, jeśli macie ochotę śledzić moją podróż do minimalizmu i bardziej świadomego życia, zapraszam na moje nowe konto na Instagramie.

Jednak minimalizm ma też sporo wspólnego z pisaniem, komunikacją i rozwojem osobistym. Stąd ten wpis.

Jeśli wolicie wersję video, oto ona:

Jak przestać chcieć?

Wszystko zaczęło się od tego, że chciałam przygotować się do przeprowadzki i zmniejszyć liczbę posiadanych przedmiotów. Jednak im dalej wchodziłam w las, tym drzew było… mniej?! Okazało się, że minimalizm to nie tylko pozbywanie się starych ubrań czy używanie jednego kieliszka do różnego rodzaju win. Minimalizm przede wszystkim dotyczy umysłu. Pokazuje jak ograniczać to, co rozprasza i wprowadza w zły nastrój.

Jesteśmy wychowywani, aby chcieć. To typowe dla naszej zachodniej kultury. I nie chodzi jedynie o rzeczy materialne. Chcemy więcej awansować, zwiedzać, zdobywać kolejne tytuły, szczyty, certyfikaty. Nie przestajemy chcieć. I z jednej strony jest to nawet ok. Dzięki chceniu możliwy jest postęp i rozwój gospodarczy. Jednak zdarza się nam przesadzać. Często bowiem tylko nam się wydaje, że czegoś naprawdę potrzebujemy. Na przykład ozdobnika w prostym zdaniu.

Minimalizm w pisaniu

Żyjemy w świecie nadmiaru: dźwięków, słów i komunikatów wizualnych (sama się zresztą do tego przyczyniam pisząc ten tekst). Dlatego konieczne jest wyrobienie w sobie umiejętności rezygnowania. Rezygnowania z tego, co tworzymy i z czego korzystamy.

W pisaniu też zresztą chodzi o rezygnowanie. Na przykład z kwiecistych przymiotników, które niczemu nie służą i nadużywaniu słownika wyrazów obcych. Pisałam o tym niedawno na blogu. Jest sporo trików na to, jak pisać w prosty sposób. Jednak żaden trik nie pomoże, jeśli zwyczajnie nie wiemy, CO chcemy napisać lub powiedzieć. I PO CO chcemy to powiedzieć. A bez wewnętrznego skupienia, zatrzymania się na chwilę, ciężko jest do tego dojść.

Moja praca w dużej mierze polega na pozbywaniu się tego, co niepotrzebne. Usuwam zbędne słowa, zdania, czasem nawet całe akapity. Kiedy nie ma w nich informacji albo konkretnej wartości dla czytelnika. Odczuwam satysfakcję podczas wykreślania, skracania i wycinania. Być może Freud miałby coś ciekawego do powiedzenia w tym temacie. W każdym razie tę samą przyjemność przenoszę obecnie na inne obszary mojego życia.

Zajęcia pozalekcyjne

Jeśli chodzi o rozwój osobisty czy zawodowy, minimalizm jest niezwykle przydatny. Jestem osobą, która uwielbia uczyć się różnych rzeczy, często zupełnie odległych od siebie. Chcę uczyć się grać na ukulele, szyć, robić na drutach, malować akwarelami, a do tego czuję, że przydałoby mi się parę lekcji matematyki i fizyki. No i może spróbować jeszcze raz podejść do nauki programowania? A może kurs śpiewania?

Wszystko jest pociągające i (jak na złość) dostępne. Nawet nie trzeba mieć dużo pieniędzy. Internet pełen jest kursów, tutoriali, bezpłatnych materiałów. Tylko przy takim rozrzucie ciężko będzie mieć satysfakcjonujące wyniki. Zresztą nie chodzi wcale o nie. Często rzucamy się na jakieś hobby, kurs czy umiejętność, ponieważ taka jest moda, bo wszyscy to robią, bo zobaczyliśmy jakąś reklamę. Bo chcielibyśmy (znowu to chcenie!) być jakąś inną, fajniejszą, lepszą osobą. A to wcale nie my. Tylko jakaś wyobrażona, nieistniejąca wersja nas.

I to takie wyimaginowane hobby objawia się potem zakurzonymi gadżetami, przyborami do szycia czy malowania, które nie tylko zabierają nam przestrzeń (i czas na robienie tego, co naprawdę chcemy), ale i powodują wyrzuty sumienia. Co więcej – te przedmioty komuś mogłyby się bardziej przysłużyć.

Dlatego zdecydowałam się zrezygnować (nie bez bólu serca) z nadmiaru i mieć tylko jedno hobby, które jest poza sferą zawodową. Bo przecież interesuję się jeszcze mnóstwem rzeczy, które związane są z moją pracą czy blogiem. A do tego biegam i jeżdżę na rowerze (ale to nie hobby, to po prostu troska o siebie i swoje zdrowie). Jeśli zliczyć to wszystko – i tak robi się spora lista.

Czego nauczył mnie minimalizm?

To dopiero początek mojej przygody z minimalizmem, ale już wprowadziłam kilka zmian, które mają pozytywny wpływ na moje życie:

  • Postanowiłam skupić się na jednym hobby, takim, które rzeczywiście daje radość (np. dla mnie gra na ukulele pozwala mi odciąć się od własnych myśli).
  • Zrezygnowałam z licznych newsletterów, które tylko zapychały mi skrzynkę i powodowały wyrzuty sumienia, że ich nie czytam.
  • Odpuściłam sobie udział w spotkaniach i projektach pobocznych, które od dawna nie przynosiły mi satysfakcji. Zrozumiałam, że robiłam to tylko dlatego, ponieważ już „tyle lat w to zainwestowałam”. Przekonałam się przy tym, że zrezygnowanie nie przekreśla wartości tego, co już dokonałam. I że mam prawo zmienić zdanie.
  • Rezygnacja z relacji z toksycznymi ludźmi. Odkąd wiem, że nie muszę spotykać się z ludźmi, których nie lubię, mam większą satysfakcję ze spotkań z bliskimi mi osobami.
  • Rezygnacja z książek czy czasopism, których nie czytam. Odpuściłam sobie kilka pozycji, które tylko kurzyły mi się na półce, w nadziei, że „kiedyś” nadejdzie. Jeśli rzeczywiście kiedyś poczuję potrzebę – zawsze jest biblioteka! Wizja siebie samej czytającej 52 książki rocznie jest z pewnością atrakcyjna. Ale nie jest prawdziwa.
  • Wypisałam się z niedokończonych kursów on-line. Zrozumiałam w końcu, że nie trzeba robić kursów, żeby się uczyć – to dzieje się przy okazji, gdy pracuję, piszę i rozmawiam z ludźmi.

Muszę Wam powiedzieć, że odkąd wprowadziłam tych kilka minimalistycznych zasad do swojego życia, mam więcej przestrzeni na to, na czym mi naprawdę zależy – prowadzenie tego bloga.

Jestem bardziej skoncentrowana na celu. A to pozwala mi lepiej (i szybciej!) pisać. Łatwiej przychodzi mi wymyślanie nowych tematów. Tak to działa, gdy masz czysty umysł.

Zniknęły wyrzuty sumienia, że „czegoś nie robię”. Że „miałam robić to czy tamto”, „chciałam być / osiągnąć / nauczyć się…” Skupiam się na jednej rzeczy, tej, która jest dla mnie aktualnie najważniejsza. I paradoksalnie mogę dzięki temu zrobić o wiele więcej.

Powiązane wpisy

Jeśli spodobał Ci się ten wpis i chciałbyś/chciałabyś przeczytać więcej podobnych treści – możesz wesprzeć mnie na Patronite.