Minimalizm nie polega na tym, ile mamy rzeczy, tylko czy wśród tych rzeczy jest miejsce na to, abyśmy byli sobą.
Jesienią 2025 roku w miesięczniku „Znak” ukazał się artykuł Agi Kozak pod tytułem „Czy minimalizm umarł”. Niemal w tym samym czasie Paulina Wilk w „Przekroju” pisała o minimalizmie jako kostiumie, masce, jednej z wielu ofert lepszego stylu życia. Oba teksty są przenikliwe i wiele w nich prawdy. A jednak coś mnie w nich uwierało.
Nie dlatego, że się z nimi nie zgadzam. Ale dlatego, że mam wrażenie, iż obie autorki opisują minimalizm, który znam – ale nie ten, który praktykuję. Że być może mówimy o czymś zupełnie innym, używając tego samego słowa.
Ten tekst jest próbą redefinicji. Nie obroną minimalizmu jako etykiety – bo etykiety mnie nie obchodzą. Ale pytaniem o to, co za nią stoi. I propozycją trzeciej drogi.
Dwie twarze, które znamy
Pierwsza twarz: surowość i dyscyplina
Minimalizm w swojej najstarszej wersji to projekt moralny. Język zakazu: nie kupuj, wyrzuć, ogranicz, posiadaj mniej. Bliski anglosaskiej tradycji frugality – świadomej oszczędności, dyscypliny, wyrzeczenia. Odejmowanie jako cel sam w sobie. Liczenie rzeczy, punktowanie się za kolejne wyrzucone pudełka.
Ta wersja minimalizmu ma w sobie coś z diety: działa, dopóki wytrzymujesz. A potem – jak każde wyrzeczenie oparte na sile woli – pęka. Obserwowałam na YouTube wielu twórców, którzy zaczynali od tej twarzy minimalizmu i po kilku latach po cichu od niej odchodzili. Bo jako ludzie źle znosimy ograniczenia – nawet jeśli sami je sobie narzucamy.
Druga twarz: estetyka i trend
Druga twarz minimalizmu to ta, którą najlepiej widać na Instagramie. Czyste wnętrza, beżowe ściany, puste blaty. Forma bez treści – minimalizm jako obraz, jako styl życia do fotografowania. Ta wersja stała się produktem: Marie Kondo, ikona minimalizmu, ma własny sklep z minimalistycznymi gadżetami. Pojemniki do przechowywania, które są głównie drogie i ładne.
Paulina Wilk trafnie nazywa to maską. Aga Kozak, opisując minimalizm w “Znaku”, porusza się głównie w tym obszarze – estetyki, wnętrz, stylu. I rozumiem to: bo ta twarz jest najbardziej widoczna, najbardziej medialna, najłatwiejsza do sfotografowania.
Nie twierdzę, że estetyka jest pozbawiona znaczenia. Ale jeśli to główny pryzmat, przez który postrzegamy minimalizm – coś ważnego nam umyka.
Dlaczego dwie twarze nie wystarczają
Horror vacui
W historii sztuki funkcjonuje pojęcie horror vacui – z łaciny: “lęk przed pustą przestrzenią”. Opisuje ono zjawisko obsesyjnego zapełniania każdej powierzchni detalem, ornamentem, treścią – tak, aby nie pozostawić ani skrawka pustki. Pojęcie nawiązuje do filozoficznej intuicji Arystotelesa, który twierdził, że:
Natura nie znosi próżni.
Żyjemy w kulturze horror vacui. Każda cisza musi być wypełniona scrollowaniem. Każdy wolny wieczór – ekscytującym planem. Każda pauza w rozmowie – telefonem. Każda minuta w kolejce – podcastem. Pustka jest czymś, czego się boimy, z czym nie umiemy być.
I to właśnie wyjaśnia, dlaczego minimalizm opowiadany językiem braku odpycha. Proponuje pustkę – a my nie umiemy z pustką być. Estetyczny minimalizm wypełnił tę pustkę ładem wizualnym. Ale to nadal ucieczka od prawdziwej ciszy.
Byung-Chul Han i społeczeństwo osiągnięć
Byung-Chul Han w “Społeczeństwie zmęczenia” opisuje fundamentalną przemianę kulturową: przejście od społeczeństwa dyscyplinarnego do społeczeństwa osiągnięć. Społeczeństwo dyscyplinarne mówiło: “nie wolno”. Działało przez zakazy, nakazy, reguły. Społeczeństwo osiągnięć mówi: “możesz”. Projekt, inicjatywa, motywacja. Yes, we can.
Brzmi lepiej. Ale efekt jest podobny – a może gorszy: wypalenie, depresja, chroniczne zmęczenie. Bo gdy znika zewnętrzny zakaz, jego miejsce zajmuje wewnętrzny imperatyw. Optymalizuj. Bądź lepszą wersją siebie. Nie marnuj czasu.
I tu pojawia się coś niepokojącego w związku z minimalizmem: minimalizm jako dyscyplina – “nie kupuj, wyrzuć, ogranicz” – to odpowiedź na logikę społeczeństwa osiągnięć w jego własnym języku. Zamiast optymalizować posiadanie, optymalizujesz nieposiadanie. Zmieniasz znak, ale pozostajesz w tym samym systemie.
Han odwołuje się też do pojęcia Hannah Arendt – animal laborans, “zwierzęcia pracującego”: człowieka zredukowanego do istoty, która tylko pracuje i konsumuje, bez głębszego sensu i działania. Pisze o nerwowym pośpiechu, który zamienia każde działanie człowieka w pracę, każdy odpoczynek – w kolejne zadanie do odhaczenia.
Georges Perec i ogrom pragnień
W 1965 roku Georges Perec opublikował powieść „Rzeczy” – portret pary młodych Paryżan, których życie kręci się wokół przedmiotów. Nie tych, które mają – ale tych, które chcieliby mieć. Czytając tę książkę dziś, sześćdziesiąt lat po jej napisaniu, trudno oprzeć się wrażeniu, że Perec opisuje nasze czasy. Jakby nic się nie zmieniło – tylko przedmioty są inne, a platformy zakupowe szybsze. Bohaterowie Pereca dziś po prostu wzięliby kredyt.
Paraliżował ich ogrom pragnień.
To zdanie jest dla mnie kluczem do zrozumienia, dlaczego obie twarze minimalizmu nie wystarczają. To nie pustka paralizuje. Paraliżuje nadmiar. Nie brak – lecz niemożność wyboru spośród niezliczonych możliwości, które nam się oferuje. Horror vacui w praktyce: boimy się pustki, więc wypełniamy ją pragnieniami. I zostajemy sparaliżowani.
Trzecia twarz: robienie miejsca
Minimalizm nie jako odejmowanie. Nie jako estetyka. Jako tworzenie przestrzeni.
To jest zupełnie inna energia. Nie „wyrzuć połowę garderoby”. Nie „miej mniej, żeby być lepszym człowiekiem”, ale: zrób miejsce. Na czas, który możesz poczuć, a nie tylko zarządzać. Na uwagę, skierowaną na to, co naprawdę ważne. Na ciszę i nudę, które są źródłem czegoś pozytywnego, nie problemem. Na relacje obecne, nie zoptymalizowane. Na decyzje świadome, zamiast domyślnych.
Ta perspektywa jest bliższa temu, co filozofowie nazywają vita contemplativa – życiem kontemplacyjnym, które Han przeciwstawia obsesji aktywności i wydajności. Bliższa też pojęciu „negative capability”, które John Keats opisał jako zdolność trwania w niepewności i pustce bez przymusu natychmiastowego wypełniania jej odpowiedziami. Umiejętność bycia z tym, co nierozstrzygnięte.
Trzecia twarz minimalizmu nie mówi: „miej mniej”. Mówi: „zostaw miejsce”. I obserwuj, co się w nim pojawi.
Czy minimalizm umarł?
Być może samo słowo „minimalizm” już nam nie służy. Zostało zawłaszczone – jak niemal wszystko – przez kapitalizm i kulturę influencerską. Może trzeba nowej nazwy.
Ale być może dobrze, że moda na minimalizm minęła. Dzięki temu zostanie to, co w nim najcenniejsze: nie estetyka, nie dyscyplina, lecz filozofia. Pytanie o to, czemu robimy miejsce w swoim życiu. I co w tym miejscu chcemy zobaczyć.
Zostaw miejsce w swoim życiu – i obserwuj, co się zmienia.
Źródła i lektury
Aga Kozak, „Czy minimalizm umarł” – miesięcznik Znak, grudzień 2025
Paulina Wilk, „Człowiek nowej ery” – Przekrój, Rocznik 2026
Byung-Chul Han, „Społeczeństwo zmęczenia”, przeł. R. Pokrywka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Georges Perec, „Rzeczy”, przeł. A. Wasilewska, Lokator
Hannah Arendt, „Kondycja ludzka” – pojęcie animal laborans