W poprzednim filmie na YouTube powiedziałam zdanie, które zostało ze mną na dłużej. Że minimalizm nie polega na tym, ile mamy rzeczy, tylko czy wśród tych rzeczy jest miejsce na to, abyśmy byli sobą. Ale po jego publikacji zaczęłam się zastanawiać – okej, ale jak to właściwie wygląda w praktyce? Jak się robi to miejsce?
To nie jest pytanie retoryczne. To jest pytanie, które zadawałam sobie przez długi czas. I w tym tekście – i w filmie, który towarzyszy temu wpisowi – chcę się mu przyjrzeć.
Perec i pytanie „Po co?”
Czytam ostatnio „Rodzaje przestrzeni” (George Perec). Trafiłam na zdanie, które zwróciło moją uwagę:
Jak pozbyć się funkcji, rytmów, przyzwyczajeń, jak pozbyć się konieczności?
Na marginesie dopisałam: i po co?
Perec pyta „jak”. To typowe pytanie minimalizmu – jak wyrzucić, jak ograniczyć, jak mieć mniej. Ale ja coraz bardziej myślę, że to nie jest dobre pytanie na początek. Bo „jak” bez „po co” prowadzi do dyscypliny. A dyscyplinę ciężko utrzymać.
Co Perec ma na myśli mówiąc o funkcjach, rytmach, przyzwyczajeniach i koniecznościach? To wszystko, co robimy „bo tak jest”:
- Funkcje – role które pełnimy: pracownik, córka, konsument, użytkownik. To, co „musimy” robić z racji tego, kim jesteśmy w oczach innych.
- Rytmy – automatyczne powtórzenia: poranna kawa z telefonem, wieczorne scrollowanie, weekendowe zakupy. Rzeczy które robimy nie dlatego że chcemy, ale dlatego że tak robiliśmy „zawsze”.
- Przyzwyczajenia – nawyki które kiedyś miały sens, ale już nie wiemy dlaczego je kontynuujemy.
- Konieczności – to co uważamy za niezbędne, choć może wcale takie nie jest.
Pytanie „jak” oczywiście też jest istotne. Ale myślę, że kiedy zrozumiemy „po co” pozbywamy się tego, co narzucone – łatwiej nam będzie odkryć „jak” to miejsce zrobić.
Moje „po co”. Trzy historie
- Kupowanie ubrań jest łatwe i przyjemne. Daje wyrzut dopaminy – nawet nie trzeba mieć pieniędzy, bo sklepy chętnie nam to ułatwią. Poprawiamy sobie humor nie ponosząc pozornie żadnych kosztów. Każdy z nas ma szafę pełną rzeczy i nic do ubrania. Chodzimy w tych samych kilkunastu sztukach, tych ulubionych. Reszta zajmuje miejsce. Ostatnio poczułam (wraz z nadejściem wiosny) potrzebę, by kupić sobie coś ładnego. Ale wtedy nie mogłabym kupić sobie ubrań na rower, których potrzebuję, by jeździć wczesną wiosną i nie zamarznąć. odzież rowerowa też jest wydatkiem, ale dzięki temu, że kupuję mniej ubrań „casualowych” mogę sobie pozwolić na jej zakup bez rujnowania budżetu. I wiem, że nie będzie leżała w szafie i zbierała kurz.
- Zima sprzyja zaszyciu się w domu, pod kocem, z telefonem. Kiedy scrollujemy, czas płynie w sposób niezauważalny. Zaczęłam śledzić ile czasu spędzam w niektórych aplikacjach. Aplikacja była rytmem. Nawykowym, automatycznym. Odpuścić ją to było zrobić miejsce na coś, co jest bardziej moje. Czytanie, pisanie, jogę.
- Chodzenie do restauracji i kawiarni było dla mnie swojego czasu łatwym, choć kosztownym, sposobem na poprawę nastroju. Mój budżet bardzo cierpiał, bo ta poprawa była za każdym razem chwilowa. Przestałam traktować restauracje jako hobby. Zaczęłam częściej odwiedzać mój warzywniak, sopocki targ, gdzie można kupić lokalne produkty – na przykład z kaszubskich wsi. Odkryłam na nowo radość z gotowania – w tym gotowania dla rodziny i przyjaciół. Rezygnując z częstego wychodzenia do restauracji zrobiłam miejsce na nowe, bardziej równoważone przyjemności.
Każda z tych historii ma tę samą strukturę: odpuszczam coś pozornie przyjemnego i odkrywam coś swojego i ważnego. Nie wyrzeczenie, a odkrycie. Za każdym razem gdy odpuszczałam coś, co myślałam że lubię – odkrywałam coś, co lubię naprawdę.
Jak zacząć robić miejsce? Cztery obserwacje
Nie ma uniwersalnej instrukcji. Ale gdybym mogła cofnąć się w czasie i sobie coś poradzić, zwróciłabym uwagę na te cztery sposoby.
- Zacznij od śledzenia, nie od wyrzucania. Zanim cokolwiek odinstalowałam – sprawdziłam ile czasu spędzam w aplikacji. Zanim przestałam kupować ubrania – zauważyłam wzorzec. Świadomość przed działaniem. Bo wyrzucanie bez rozumienia dlaczego – to tylko kolejna dyscyplina czy trend.
- Jedna rzecz naraz. Nie rewolucja, nie „nowe życie od poniedziałku”. Jedna aplikacja. Jedna kategoria zakupów. Jeden nawyk. Te trzy historie, które przywołałam, nie wydarzyły się w ciągu miesiąca. To był długi proces.
- Obserwuj co się pojawia w tym miejscu. Nie planuj z góry co tam „wstawisz”. Zrób miejsce i poczekaj. To odkrycie przychodzi samo – i zawsze jest zaskoczeniem. Ja nie planowałam, że zamiąst aplikacji będę więcej czytać. Po prostu tak się stało.
- Naucz się mówić „nie”. Mówienie „nie” brzmi prosto. Ale w praktyce wcale takie nie jest – bo często trzeba je powiedzieć rzeczom, które są wartościowe, interesujące i miłe. Nie tylko temu, co złe lub niepotrzebne. Każde „tak” ma swoją cenę. Kiedy mówimy „tak” kolejnej propozycji, rzeczy czy sposobowi spędzania czasu – mówimy jednocześnie „nie” czemuś innemu. Czemuś, na co mogłoby być miejsce.
Nie ma uniwersalnej instrukcji. Ale jest uniwersalne pytanie: po co? I od niego warto zacząć.
Thoreau i las, który nie jest dla każdego
Jedną z najbardziej znanych historii o robieniu miejsca jest Walden. Henry David Thoreau w 1845 roku wyprowadził się do lasu. Zostawił wszystko – pracę, miasto, wygody cywilizacji. Zamieszkał w chacie, którą sam zbudował, i żył tam przez dwa lata. Chciał sprawdzić jedno: czego naprawdę potrzebuje do życia, a co jest potrzebne jedynie z pozoru.
Nie wiem, czy Thoreau nazwałby siebie minimalistą. Ale pisał rzeczy, które brzmią jak odpowiedź na pytanie, które ja zadaję sobie dziś:
Czy zawsze mamy się zastanawiać, jak zdobyć więcej, zamiast cieszyć się niekiedy tym, co posiadamy, nawet jeśli posiadamy mniej?
I dalej, o tym, co musi poprzedzać prawdziwe urządzanie życia:
Zanim będziemy mogli ozdobić domy nasze pięknymi przedmiotami, należy ogołocić ściany, obnażyć nasze życie i położyć podwaliny pięknym gospodarowaniem i pięknym życiem.
Historia Thoreau jest niezwykle inspirująca. Ale też trochę onieśmielająca. Bo większość z nas nie może – ani nie chce – uciekać do lasu. I nie musi.
Thoreau nie mówi nam, żebyśmy zrobili to samo co on. Mówi nam, żebyśmy zadali sobie to samo pytanie co on: czego naprawdę potrzebuję? Co jest koniecznością, a co tylko przyzwyczajeniem?
Robienie miejsca nie jest grą wszystko albo nic. Nie trzeba wyrzucać połowy życia. A już na pewno nie w imię instagramowych trendów. Wystarczy jedna aplikacja. Jedna kategoria zakupów. Jeden nawyk. I jedno pytanie: po co?
Miejsce dla drugiego człowieka
Jest jeszcze jeden wymiar robienia miejsca, o którym rzadko się mówi. Miejsce dla drugiego człowieka. Prawdziwe, nie wyobrażone.
Social media tworzą iluzję bliskości. Oglądamy czyjś kanał na YouTube, śledzimy na Instagramie, czytamy bloga i myślimy, że znamy kogoś niemal tak dobrze, jak samych siebie.
Prawdziwe miejsce dla drugiego człowieka wymaga czegoś więcej. Wymaga ciekawości, zawieszenia ocen, otwarcia. My często zamiast robić miejsce dla innej osoby – projektujemy na nią samych siebie. Swoje własne preferencje, lęki, pragnienia. Swoje historie. Ja sama pracuję nad tym, żeby się takiego podejścia pozbyć. Nie jest to łatwe – ale tylko w ten sposób możemy kogoś naprawdę poznać.
Robienie miejsca to nie tylko porządki w szafie. To też zostawienie przestrzeni na to, żeby drugi człowiek był sobą – nie tym, kim go sobie wyobrażamy.
Filozofia odkrywania
Jak się robi miejsce? Nie ma jednej odpowiedzi. Ale zauważam, że za każdym razem gdy coś odpuszczam – nie tracę. Odkrywam nowe informacje o sobie i zyskuję. Czas, spokój, przestrzeń. Czasem nawet pieniądze – a to zawsze miłe ;)
I to chyba jest właśnie ten nowy minimalizm. Nie filozofia braku, tylko odkrywania.