Ograniczenia nas wyzwolą! O kwarantannie i kreatywności

Ograniczenia nas wyzwolą!

Pamiętacie film „Room”? Ten, za który Brie Larsson dostała Oscara? Gdzie w malutkim pokoju, tylko na kilku metrach, dziewczyna o imieniu Joy stworzyła cały świat dla swojego synka. Jeśli go nie widzieliście, polecam, teraz jest świetna okazja. 

Ja od około miesiąca czuję się podobnie, chociaż oczywiście moja sytuacja nie jest tak dramatyczna jak bohaterki filmu. Ona została zamknięta wbrew swojej woli przez psychopatę. My zamykamy się dla własnego bezpieczeństwa i dla dobra innych. Jak długo jesteśmy w domu – nie dzieje się nic naprawdę złego. 

Ale nadal jest to zamknięcie. Podobnie jak Joy jesteśmy ograniczeni w swoich wyborach i to ograniczenie jest w pewnym sensie błogosławieństwem. 

Ograniczeń przybywa z każdym dniem i pewnie szybko się to nie zmieni. Mnie najbardziej boli, że zamknęli plaże, parki i lasy. Mimo wszystko staram się jednak spojrzeć na sytuację zamknięcia w pozytywny sposób. Podobnie jak Joy w filmie. 

Co możemy zatem wynieść konstruktywnego i pozytywnego z sytuacji kwarantanny?

Dlaczego cieszę się, że mam bloga

Ciężko mi uwierzyć, że jeszcze jakieś pół roku temu chciałam go zamknąć. Bo teraz zdecydowanie cieszę się, że mam to swoje własne miejsce. Gdzie mogę dać wyraz swoim opiniom, przemyśleniom, obawom. I gdzie mam poczucie, że mogę komuś pomóc. Bo pomaganie innym jest w naszej naturze, a prowadzenie bloga to umożliwia – nawet jeśli tylko na odległość.

Dzięki blogowaniu mogę dać upust swojej kreatywności – a wierzę, że wszyscy jesteśmy kreatywni. I potrzebujemy ekspresji do przeżycia. Potrzebujemy pokazać światu siebie, powiedzieć: hej, patrz, to ja! Jest nam to niezbędne do zachowania równowagi. Jeśli ktoś mnie dostrzega, jest szansa, że mnie zrozumie, doceni. 

Bardziej filozoficznie to ujmując – jeśli ktoś mnie widzi – wiem, że istnieję. Potrzebujemy innych ludzi, ale nie tylko do interakcji. Potrzebujemy czuć się zauważeni, wysłuchani. Tym właśnie według mnie jest twórczość. Daniem sobie okazji do bycia zauważonym przez innych.

Zacznij właśnie teraz 

Myślę, że teraz jest bardzo dobry moment, aby pokazać się światu, założyć bloga lub zacząć jakiś inny, autorski projekt. Akt tworzenia poprawia nastrój i pomaga skupić się na pozytywach. Jeśli do tej pory myślałeś/wahałaś się – po prostu zacznij. 

Jeśli ma to być blog – znajdziesz u mnie poradnik, jak do tego podejść, np. jak go założyć na WordPressie, jak pisać i promować bloga. To wcale nie jest tak trudne!

Ale niech nie powstrzymują Cię kwestie techniczne. Jeśli nie czujesz się na siłach, a tematy takie jak domena, serwer czy baza danych wywołują atak paniki – pamiętaj, że to nie jedyne rozwiązanie. Bloga możesz prowadzić także w mediach społecznościowych – w szczególności polecam do tego Instagram.

Jak zacząć prowadzić mikrobloga na Instagramie?

Instagram jest platformą skupioną wokół zdjęć, jednak treści pisane nabierają coraz większego znaczenia. Nie wystarczy już piękne, dopracowane zdjęcie (chociaż oczywiście nie zaszkodzi). Musi iść za tym jakaś wartość, przesłanie. Dlatego coraz więcej osób zaczyna prowadzić swoje profile w formie mikrobloga, gdzie tekst jest na pierwszym planie. 

Oczywiście tutaj mamy również do czynienia z ograniczeniem. Dokładnie 2200 znaków, czyli około 375 słów, mieści się w opisie pod zdjęciem. Jednak to ograniczenie w pewnym sensie jest błogosławieństwem. Wymusza zwięzłość, bo jeśli nie wyeliminujemy słów przeszkadzajek i wypełniaczy – nie zmieścimy tego, co chcemy przekazać. 

375 słów to jednak na tyle dużo, aby konieczne było poświęcenie nieco uwagi na formatowanie tekstu. Przy dłuższych treściach konieczne jest dodanie przerw między akapitami (zrobimy to np. w aplikacji Caption Writer for Instagram). Tekst możemy rozbić też za pomocą emoji. 

Kluczowe jest także to, co zawrzesz w pierwszych 125 znakach (znowu ograniczenie!) – bo to wyświetla się w głównym feedzie. Umieść tam treść, która powie czytelnikowi, o czym piszesz, a z drugiej strony wzbudzi w nim ciekawość, zaintryguje. 

Ograniczenia nas wyzwolą

Myślę, że często chcemy coś zrobić, ale ze strachu lub lenistwa szukamy wymówek, zrzucamy winę na brak umiejętności, czasu czy narzędzi. Głównie dlatego, że mamy obecnie tak wiele opcji do dyspozycji. Istnieją miliony aplikacji, kursów… Tak wiele form ekspresji, że ciężko nam wybrać. 

Kiedy postawimy sobie ograniczenia i zaczniemy wykorzystywać to, co już mamy, robi się łatwiej. Ograniczenia pomagają zauważyć i skupić się na tym, co już posiadamy. I wyeliminować to, czego nie potrzebujemy. Uświadomić sobie, co jest ważne

Odkąd „siedzę w domu” mam więcej pomysłów, jak wykorzystać narzędzia, które już mam. Najpotężniejszym narzędziem, które mam do dyspozycji, jest mój telefon. Zaczęłam bardziej wykorzystywać jego (niedoceniany wcześniej) potencjał. Robię więcej zdjęć i filmów, więcej eksperymentuję z nowymi formatami: animacjami i video. Nie potrzebuję do tego ani profesjonalnego sprzętu, ani oprogramowania. Mogłabym oczywiście zacząć zbierać na lustrzankę cyfrową, uczyć się Photoshopa… ale wtedy pewnie zaczęłabym za rok. Albo nigdy, bo zniechęciłabym się w połowie drogi. 

Nie pomyślcie sobie tylko, że całe dnie spędzam w telefonie. Wykorzystuję to co mam wokół siebie i więcej gram na ukulele, które czasami zaniedbywałam. Ćwiczę, w końcu wykorzystując sprzęt, który zbierałam latami. Czytam książki, które od dawna czekały na przeczytanie. Nie szukam nowych rozrywek, ale staram się skupić na tym, co już mam. 

Mniej rzeczy = więcej czasu

Kiedyś wierzyłam, że dom „osoby kreatywnej” musi być kolorowy, pełen książek, zdjęć, pamiątek, przedmiotów. Wszystko przecież może się przydać. Dobrze mieć wszystko pod ręką, żeby móc po to sięgnąć – jeśli tylko znajdzie się czas. Ale im więcej rzeczy, zadań, newsletterów do przeczytania, tym mniej tego czasu zostaje.

Odkąd zaczęłam eliminować nadmiar przedmiotów i zadań, mam więcej czasu. Więcej pomysłów. I więcej energii, by je realizować.

Odzyskuję też coraz więcej wolnej przestrzeni, co jest niezwykle istotne, bo mój dom nie jest już tylko miejscem, gdzie odpoczywam po pracy i śpię. I gdzie mieszka mój kot. To miejsce, jak w filmie „Room”, jest teraz (prawie) całym moim światem. Kształtuje moje samopoczucie i nastrój. Wpływa nawet na moje zdrowie (psychiczne i fizyczne) oraz na to, ile mam czasu i jak efektywnie potrafię w nim pracować w skupieniu. 

Dzięki temu, że jestem „zmuszona” do dokładniejszego przyjrzenia się sobie, swoim nawykom i aktywnościom, wiem, czego na pewno nie chcę robić. Czego chcę się pozbyć z miejsca, w którym spędzam zdecydowaną większość czasu, a co chcę zostawić. 

I nie mylę już kreatywności z bałaganem i nadmiarem. 

Powiązane wpisy