O porażkach, specjalizacji i rynku pracy

O porażkach, specjalizacji i rynku pracy

Fuckup Nights to spotkania, podczas których zamiast o sukcesach mówi się o “fakapach” i nieudanych biznesach, by wyciągać z tego lekcję dla siebie i innych. Podczas ostatniego takiego spotkania w Trójmieście mówiłam o porażkach, specjalizacji i rynku pracy. Podczas 30-minutowego wystąpienia udało mi się powiedzieć tylko połowę tego, co zaplanowałam. Dlatego właśnie powstał ten wpis. A zatem…

Chciałabym opowiedzieć Wam o mojej wielkiej porażce. O tym, jak miałam genialny pomysł na startup i dostałam milion złotych od inwestora na jego realizację. Mimo że w tej historii mój biznes nie okazał się sukcesem, nadal bardzo chciałabym Wam ją opowiedzieć.

Niestety. Nie doświadczyłam takiej porażki i bardzo mi 
z tego powodu przykro.
Może nawet bardziej przykro, niż Wam. Ta porażka byłaby dla mnie sporym sukcesem. Oznaczałaby ona, że udało mi się wpaść na genialny pomysł, dostałam na niego kasę od kogoś, kto w niego uwierzył i miałam szansę go realizować. Dodatkowy bonus – miałabym fantastyczną historię do opowiedzenia na Fuckup Nights. Prawda jednak jest taka, że moja wielka porażka nigdy nie miała miejsca.

Wielkie porażki vs. małe porażki

Podczas poprzedniego Fuckup Nights Trójmiasto wywiązała się dyskusja na temat tego, jakie porażki nadają się na to spotkanie, a jakie nie. Niektóre osoby uważają, że są porażki tak porażkowe, iż nie warto o nich ani mówić, ani słuchać. Długo myślałam o tym, jak uniknąć tego zarzutu. Zastanawiałam się, dlaczego lubimy słuchać o dużych, milionowych wtopach, a o wtopach dnia codziennego już nie bardzo.

Dlaczego tak szukamy wielkiej narracji? Czy liczymy na to, że wstrząśnie nami na tyle, że 
w końcu zmienimy coś w swoim życiu? Być może. Jedno jest pewne – w pogoni za wielką narracją przestajemy doceniać siłę fuckupów dnia codziennego.

Dlatego postanowiłam sprawdzić, czy da się znaleźć coś pożytecznego i pouczającego w moich małych, edukacyjnych i zawodowych porażkach. Pierwszą z nich można streścić w jednym słowie…

Kulturoznawstwo

Moją pierwszą porażką był wybór studiów. W liceum długo wahałam się między dziennikarstwem, polonistyką a biologią. Poszłam na polonistykę, ale po 2 latach stwierdziłam, że chyba powinnam studiować coś bardziej praktycznego. 
Wybrałam kulturoznawstwo. 
Bardzo praktycznie. 

Zdobyłam zawód kulturoznawcy. Cokolwiek to oznacza.

Kiedy skończyłam studia, miałam poczucie straconego czasu. Najpierw 2 lata na polonistyce, której nawet nie ukończyłam. 5 lat na kulturoznawstwie, a potem jeszcze rok na podyplomówce z reklamy i promocji. Strata nie tylko czasu, ale i pieniędzy.

Moja „kariera” wielokrotnie zataczała koło. Chociaż nie skończyłam polonistyki, pracowałam jako autorka tekstów, redaktorka i korektorka. Może więc powinnam była jednak zostać przy polonistyce? A może kierunek studiów w ogóle nie ma znaczenia?

Programowanie

Żeby było ciekawiej, dorzuciłam do tego wszystkiego programowanie. Pół roku „zmarnowałam”, ucząc się Pythona, bo wymyśliłam sobie, że zostanę programistką. Walczyłam sama ze sobą, nie spałam po nocach, bo „u mnie nie działało”, płakałam, chciałam wyrzucić komputer przez okno. Nauce programowania poświęciłam bardzo dużo czasu i energii.

Krótko po ukończeniu kursu udało mi się dostać (trochę przypadkiem) fajną pracę. Oczywiście nie w zawodzie, i nie jako programistka. „Życzliwi” znajomi mówili mi, że zmarnowałam czas. Niepotrzebnie poświęciłam tyle godzin na naukę umiejętności, której nie wykorzystuję w pracy. Że po co to w ogóle wpisuję do CV. Rzeczywiście mogło się wydawać, że ten kurs zrobiłam niepotrzebnie. Zaczęłam wierzyć tym życzliwym opiniom.

Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że zawsze warto uczyć się czegoś nowego, nawet jeśli jest to dziedzina bardzo odległa od tego, co już wiesz. Ciężko przewidzieć, czy ta wiedza nie przyda Ci się w przyszłości. A do tego zdobędziesz inny rodzaj umiejętności. Te niedoceniane umiejętności miękkie, których poszukują wszyscy pracodawcy.

Miękkie vs twarde

Programowanie to w sporej części rozwiązywanie problemów. 
Coś co przydaje się w każdej pracy. 
I nie tylko w pracy.

W raporcie „Future Work Skills 2020” Instytutu Badawczego Uniwersytetu w Phoenix nie znajdziemy zawodów, bo nie wiadomo, które zawody w przyszłości będą istniały, a które przejmą od nas programy i maszyny. Umiejętności miękkie mają za to bezpieczne miejsce w przyszłości.

Jedną z tych przyszłościowych umiejętności jest transdyscyplinarność. Chodzi jednak o taką transdyscyplinarność, która wykracza poza łączenie naukowców z różnych dyscyplin do pracy zespołowej. Oznacza ona kształcenie naukowców, którzy mówią w języku wielu dyscyplin jednocześnie – biologów, którzy rozumieją matematykę, matematyków, którzy rozumieją biologię.

Wszystkie moje zawody

Ja sama zajmowałam się już w życiu między innymi…
redakcją techniczną // promocją // robiłam ankiety // wystawiałam faktury // koordynowałam projekty // tłumaczyłam teksty // organizowałam wydarzenia // wydawałam książki // prowadziłam warsztaty // organizowałam programy stażowe //  robiłam korektę // pisałam o sztuce // robiłam strony internetowe

Chociaż lubiłam robić te rzeczy, w żadnej z nich nie widziałam tej jednej, której chciałabym poświęcić 100% swoich wysiłków. Szukałam więc dalej.

Moje CV szybko zaczęło mieć 4 strony. Wszyscy wokół mówili, że to niedobrze, że nie powinno być ono za długie. Przecież i tak nikt tego nie czyta. Zresztą wcale mnie to nie dziwi – sama nie mogłam patrzeć na swoje CV. Wyrzucałam sobie: dlaczego nie możesz się zdecydować na jeden kierunek? W jednej chwili chcesz być programistką, w drugiej pracować w kulturze. Moje zbyt długie CV było dla mnie ukoronowaniem wszystkich moich zawodowych porażek. Kiedy moi znajomi pięli się po szczeblach kariery, ja skakałam z projektu na projekt, z pracy do pracy. Kiedy wysyłałam CV do kolejnego pracodawcy, część z informacji po prostu z niego usuwałam.

Moje CV zostało przeze mnie brutalnie poszatkowane, poddane tylu amputacjom i przeszczepom, że przypominało dzieło Frankensteina. A ja zapomniałam o niektórych rzeczach, które robiłam. Kiedyś o mało nie odpadłam z rekrutacji do pracy marzeń, bo usunęłam z CV doświadczenie, którego oczekiwał pracodawca. Dopiero po rozmowie kwalifikacyjnej przypomniałam sobie, że takie doświadczenie mam.

Zafiksowałam się na tym, żeby mieć spójne CV, wyraźnie wytyczony kierunek w którym zmierza moja „kariera”. To przecież chcieli wiedzieć na wszystkich rozmowach o pracę: „Gdzie widzisz się za 5 lat?” Wydawało mi się, że to mój obowiązek wiedzieć wyraźnie, dokąd zmierzam. Ciągle szukałam ideału, tej jednej, jedynej pracy, z którą mogłabym się identyfikować. I ciągle nie mogłam jej znaleźć. Ciężko mi było utożsamiać się ze stanowiskiem pracy o nazwie…

Specjalista 
ds. science relations

Szekspir już dawno temu powiedział, że nazwa nie ma znaczenia. Ale my ciągle jesteśmy do nazw przywiązani. Nie musisz kończyć politechniki, żeby zostać inżynierem. Czeka stanowisko inżyniera szczęścia. Nie musisz iść do wojska, aby zostać oficerem. Możesz być też magikiem, superbohaterem, ewangelistą, ninja czy Jedi.

Te śmieszne nazwy nie są złe – nie mogę powiedzieć, że słowo Jedi w CV by mnie nie kręciło. Jednak te nazwy służą głównie rekruterom, i mają za zadanie przyciągnąć najlepszych kandydatów. Same jednak nic nie mówią o charakterze wykonywanej pracy. Może jestem idealistką, ale dla mnie praca ma wartość nawet bez śmiesznej nazwy.

Wiele osób uważa, że w przyszłości nie będziemy się skupiać na zawodach, ale raczej na umiejętnościach. Będziemy pracować głównie w projektach, a zamiast stanowisk pracy będziemy mieć role.

David Lee w wykładzie pt. Why jobs of the future won’t feel like work mówi o tym, że aby zapewnić sobie bezpieczeństwo na wypadek automatyzacji i znikania zawodów, musimy zacząć tworzyć nowe miejsca pracy, które są mniej skoncentrowane na zadaniach, które osoba wykonuje, i bardziej skupiają się na umiejętnościach, które dana osoba wnosi do pracy.

Ile trzeba pracować?

Liczby poniżej przedstawiają przeciętny staż pracy w danej firmie:

Facebook: 2,02 lata
Google: 1,90 lata
Apple: 1,85 lata
Amazon: 1,84 lata
Twitter: 1,83 lata
Microsoft: 1,81 lata
Airbnb: 1,64 lata
Uber: 1,23 lata

Wydaje się, że 2 lata to bardzo mało, a jednak tak krótki czas pracy nie może być symptomem czegoś złego, co dzieje się w kwestiach pracowniczych w tych firmach. Jeśli tak by było – już byśmy o tym wiedzieli. Facebook, Google czy Apple nie narzekają na brak chętnych do pracy. Do Google’a ciężej się dostać niż na Uniwersytet Harvarda. Wszyscy 20-parolatkowie, których zapytałam o optymalny czas pracy w jednym miejscu, mówili o około 2 latach.

Patty McCord, była chief talent officer w Netflixie, mówi, że częste zmienianie pracy, tzw. „job hopping”, jest czymś dobrym. I że młodzi ludzie powinni planować takie zmiany co 3-4 lata.

Slashies

Od kilku lat obserwujemy trend tzw. slashies, którzy dzielą swój czas na wiele czynności zawodowych. Robią to nie z powodów finansowych, ale dlatego, że chcą się rozwijać. Oczywiście czynnik finansowy także istnieje. Pracownicy, którzy zostają 
w firmie dłużej, zarabiają 
50% mniej.

Uważa się, że osoby zmieniające często pracę mają wyższą krzywą uczenia się, lepsze wyniki w pracy, a nawet charakteryzują się większą lojalnością, ponieważ dbają o dobre wrażenie w krótkim czasie, w którym wiedzą, że pozostaną u danego pracodawcy.

Dlaczego wyższa krzywa uczenia się? Ponieważ osoby zmieniające pracę są stale poza strefą komfortu. Dołączając do firm, wiedzą, że muszą się szybko uczyć, zrobić najlepsze wrażenie i pokazać wyniki – wszystko to w ciągu kilku lat, zanim przejdą do następnego podboju.

W rezultacie zwykle osiągają wiele i wiele się uczą w krótkim czasie. Przy okazji zdobywając jedną z kluczowych umiejętności, określanych jako jedną z najbardziej pożądanych przez pracodawców – elastyczność, umiejętność dostosowywania się do zmieniających warunków otoczenia. Operowanie wewnątrz zmiany to coś, w czym mamy jeszcze szansę na to, aby być lepsi niż komputery.

Krzywa uczenia wypłaszcza się po około 3 latach w jednym miejscu pracy. Przestajemy się uczyć i rozwijać.

Specjalizacja

Duża firma ma ten luksus, że może pozwolić sobie na tworzenie obszarów wąskiej specjalizacji.

Autorem tego zdania jest Laszlo Bock, były wiceprezes działu organizacji HR w Google. Mniejsze firmy nie mogą sobie wg niego pozwolić na luksus zatrudniania specjalistów, którzy całe życie robili tylko jedno. Nie w czasie ogromnej konkurencji, zmian na rynku i postępującej automatyzacji.

Specjalizacja, przy coraz większej automatyzacji i postępującej niepewności co do tego, jakie kolejne branże ta automatyzacja obejmie, może okazać się podcinaniem gałęzi na której się siedzi.

Ekonomia + fizyka = ?

Ekonomia i fizyka to dwa kierunki, które ukończył Elon Musk. Na pierwszy rzut oka dość dziwne połączenie, jednak to ono sprawiło, że Elon Musk jest… no po prostu Elonem Muskiem.

Bjarne Stroustrup, twórca języka C++, z równą pasją zajmuje się komputerami i programowaniem, jak i historią oraz filozofią.

Mój największy życiowy fuckup polegał na tym, że zafiksowałam się na tym, aby znaleźć jedną dziedzinę, w której zostanę specjalistką. Chciałam się specjalizować, ponieważ wszyscy mówili, że tak trzeba. Nie zdawałam sobie sprawy, że to jest niezgodne z moją naturą, która dąży do częstych zmian i uczenia się ciągle nowych rzeczy. No i że te stare zasady przestały już obowiązywać.

Dzięki przykładowi Elona Muska i Bjarne’a Stroustrupa przestałam przejmować się, czy moje CV jest spójne, bo jest jeden element, który łączy te czasem zupełnie odmienne od siebie zajęcia. 
I jestem to ja.

Trudne słowo na M – Multipotentialites

Natomiast dzięki temu, że miałam okazję wystąpić na Fuckup Nights dowiedziałam się od obecnej na sali Natalii (dziękuję!) o istnieniu Emilie Wapnick, która na TEDzie miała wystąpienie o tym, że nie trzeba mieć jednego życiowego powołania, i że taka postawa ma nawet nazwę: multipotentialite. Kilka dni później o Emily opowiedziała mi Magda – więc chyba to podejście powoli staje się rozpoznawalnym trendem także w Polsce.

Zrozumiałam, że warto uczyć się rzeczy, które są zupełnie od siebie odległe. Które są dla Ciebie trudne. Nie rozwiniesz się idąc na łatwiznę.

Jeżeli wyznaczysz sobie szalony 
i trudny do osiągnięcia cel, a potem nie uda ci się go zrealizować, i tak dokonasz czegoś wyjątkowego. Larry Page

Wybór moich studiów nie do końca był fuckupem – bo nadal mogę się uczyć i nadal mogę dokonywać wyborów kierunków, w których chcę iść. Nawet jeśli czasami ta droga będzie zakręcać lub zawracać.

Jeśli chcesz się podzielić swoimi historiami lub fuckapami związanymi z pracą czy edukacją – komentarze sa do Twojej dyspozycji :)

 

Jak pisać teksty na bloga, które pokocha Twój czytelnik
Dołącz do newslettera! Otrzymasz bezpłatnego PDFa na temat tworzenia treści na bloga. Raz na jakiś czas wyślę Ci także powiadomienie o nowym wpisie.