Dlaczego właściwie chcemy być bogaci, odnoszący sukcesy i podziwiani?
Odpowiedzi wydają się oczywiste. Pieniądze dają bezpieczeństwo i wygodę. Sukces może oznaczać niezależność. Wyższa pozycja społeczna otwiera drzwi, które wcześniej były zamknięte.
Ale być może jest jeszcze jeden powód.
Być może czasem chcemy mieć więcej nie tylko dlatego, że czegoś potrzebujemy. Chcemy mieć więcej, ponieważ to, co posiadamy, mówi coś o tym, kim jesteśmy.
Nie chodzi tylko o pieniądze
Alain de Botton w (świetnej moim zdaniem) książce Lęk o status opisuje zjawisko, które można w dużym uproszczeniu rozumieć jako obawę przed tym, że nie zajmujemy w społeczeństwie takiego miejsca, jakie – naszym zdaniem – powinniśmy zajmować.
Jest tylko jeden problem. Możemy mieć mieszkanie, pracę, oszczędności i całkiem wygodne życie, a jednocześnie czuć, że wciąż jesteśmy nie dość wysoko. Bo status istnieje w stosunku do innych ludzi. Nie pytamy wyłącznie: „Czy mam wystarczająco dużo?” Znacznie częściej pytamy: „Czy mam więcej lub mniej od innych?„.
Dawniej krąg osób, do których mogliśmy się porównywać, był stosunkowo niewielki. Dzisiaj może obejmować właściwie cały świat. Media społecznościowe sprawiły, że nie musimy już nawet wychodzić z domu, żeby dowiedzieć się, kto kupił mieszkanie, awansował, założył firmę, pojechał na Malediwy albo właśnie przebiegł ultramaraton.
A skoro zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej, szybciej, lepiej albo ciekawiej, poczucie, że już wystarczy, staje się trudne do osiągnięcia.
Najciekawszy pomysł de Bottona: może chodzić o miłość
De Botton sugeruje, że nasz głód statusu nie musi wynikać z chciwości. Pod powierzchnią potrzeby pieniędzy, prestiżu czy sukcesu może znajdować się znacznie bardziej podstawowa potrzeba: potrzeba bycia zauważonym, szanowanym i ważnym dla innych ludzi.
De Botton nazywa to „miłością od świata”.
Nie chodzi o to, żeby ktoś się w nas zakochał. Chodzi o potrzebę przekonania się, że nasze istnienie ma znaczenie. Że ktoś nas dostrzega. Że jesteśmy wartościowi. Że nasza praca coś znaczy. Że jesteśmy kimś, kogo warto słuchać.
W takim ujęciu pieniądze, stanowisko czy popularność mogą stać się czymś więcej niż środkami do osiągnięcia określonego celu.
Stają się dowodami własnej wartości.
Samotność w (cyfrowym) tłumie
Nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu możliwości kontaktowania się z innymi ludźmi. Możemy obserwować setki osób, rozmawiać z kimś po drugiej stronie świata, komentować cudze życie i natychmiast otrzymywać reakcje na własne.
A jednak sama liczba kontaktów nie musi oznaczać większej liczby bliskich relacji.
Możemy być doskonale widoczni i jednocześnie słabo zauważeni.
Media społecznościowe dają nam namiastkę uczestnictwa w życiu innych ludzi, ale często są to relacje asymetryczne i powierzchowne. Wielkie miasta z kolei pozwalają żyć wśród tysięcy osób, a jednocześnie tworzą coś, co można określić mianem „tłumu obcych”.
Do tego dochodzi stopniowe znikanie wielu drobnych, codziennych interakcji. Coraz więcej zakupów robimy bez kontaktu z drugim człowiekiem. Coraz więcej spraw załatwiamy przez aplikacje. Rozmawiamy z chatbotami.
To wszystko nie oznacza oczywiście, że technologia sama w sobie skazuje nas na samotność.
Pokazuje jednak pewien paradoks współczesności: możemy mieć więcej kontaktów niż kiedykolwiek, a jednocześnie mniej relacji, w których naprawdę czujemy się zauważeni.
A jeśli potrzeba uznania jest jedną z naszych podstawowych potrzeb, nic dziwnego, że próbujemy znaleźć dla niej inne ujście.
Na przykład w demonstrowaniu i pogodni za statusem.
Na szczycie drabiny
Problem polega na tym, że status jest kiepskim substytutem bliskości. Jeśli poczucie własnej wartości zależy od pozycji społecznej, zawsze możemy znaleźć się odrobinę za kimś.
Kupiliśmy mieszkanie? Ktoś kupił większe. Dostaliśmy awans? Ktoś został dyrektorem. Pojechaliśmy na wymarzone wakacje? Ktoś rzucił pracę, kupił campera i wiedzie pełne wolności i splendoru życie nomady.
W ten sposób tworzy się mechanizm, który bardzo dobrze pasuje do tego, o czym pisałam już wcześniej przy okazji architektury wiecznego niedosytu.
Nie chodzi o to, że mamy za mało.
Chodzi o to, że system porównań sprawia, że bardzo trudno jest nam poczuć, że mamy wystarczająco dużo.
De Botton nie kończy jednak na diagnozie. W drugiej części Lęku o status szuka sposobów na zmniejszenie tej presji.
1. Filozofia
Stoicy przypominali, że nie mamy pełnej kontroli nad tym, co myślą o nas inni. To brzmi banalnie, dopóki nie spróbujemy potraktować tego naprawdę poważnie. Bo jeśli nasze poczucie własnej wartości zależy od cudzej oceny, oddajemy sporą część kontroli nad własnym życiem ludziom, których być może nawet nie znamy.
Dlatego zamiast nieustannie pytać: „Jak wypadam w oczach innych?” możemy spróbować zapytać: „Według jakich kryteriów ja sama chcę oceniać swoje życie?„
To niewielka zmiana, ale pomaga odwrócić logikę całego mechanizmu.
2. Sztuka
Sztuka może zrobić coś podobnego – tylko z naszym wyobrażeniem o tym, co właściwie zasługuje na podziw.
De Botton zwraca uwagę na dzieła przedstawiające zwyczajność: codzienne wnętrza, posiłki, pracę, odpoczynek, krajobrazy. Rzeczy, które z perspektywy kultury sukcesu mogą wydawać się zupełnie nieistotne. A jednak ktoś uznał, że warto się im przyjrzeć. Zwyczajny człowiek siedzący przy stole może być równie interesującym tematem jak król. Ogród, dom albo spokojny dzień mogą zasługiwać na uwagę.
De Botton sugeruje, że jedną z funkcji sztuki jest właśnie poszerzanie naszej definicji tego, co wartościowe.
To bardzo przydatna perspektywa, zwłaszcza wtedy, kiedy kultura próbuje nas nieustannie przekonywać, że na podziw zasługują jedynie rzeczy niezwykłe i spektakularne.
3. Bohema
De Botton nie twierdzi, że możemy całkowicie przestać przejmować się opinią innych ludzi. Byłoby to raczej niemożliwe. Proponuje zamiast tego, abyśmy zastanowili się, czyja opinia rzeczywiście powinna mieć dla nas znaczenie.
Bo jeśli nie możemy zrezygnować z potrzeby uznania, być może możemy przynajmniej ograniczyć liczbę osób, od których tego uznania potrzebujemy.
Nie musimy imponować wszystkim. Możemy szukać ludzi, których wartości są nam rzeczywiście bliskie. I wtedy pytanie zmienia się z: „Czy imponuję wszystkim?” na: „Czy jestem osobą, którą szanują ludzie, których sama szanuję?„
To nadal jest potrzeba uznania. Ale znacznie bardziej świadoma.