Kiedy przygotowywałam film o rozdziale Windigo Footprints z książki Robin Wall Kimmerer Braiding Sweetgrass, długo myślałam o tym, co jest przeciwieństwem Windigo, czyli potwora, który cierpi wieczny ból nienasycenia. Jakimi metodami z nim walczyć.
Pierwsza odpowiedź przyszła mi do głowy właściwie od razu: skoro Windigo ciągle chce więcej, antidotum powinno być proste – chcieć mniej.
Ale im dłużej o tym myślę, tym mniej jestem o tym przekonana.
Może odpowiedzią na chciwość nie jest posiadanie mniej.
Może jest nią dzielić się więcej z innymi.
Windigo nie mówi o minimalizmie
Windigo pojawia się w opowieściach wielu rdzennych ludów Ameryki Północnej. Robin Wall Kimmerer, należąca do Potawatomi, opisuje go jako istotę, która im więcej zjada, tym jest bardziej głodna.
Ale ta opowieść nie powstała po to, żeby przekonywać ludzi do minimalistycznych szaf. Jej kontekst był znacznie bardziej brutalny.
W społecznościach, z których pochodzą opowieści o Windigo, zimowy niedostatek jedzenia był realnym zagrożeniem. Kimmerer pisze o Hunger Moon – czasie, który możemy trochę porównać do polskiego “przednówka”.
W takich warunkach zabranie dla siebie więcej, niż to niezbędne, mogło oznaczać, że dla kogoś innego jedzenia po prostu zabraknie.
Dzielenie się nie było więc jakimś szlachetnym gestem. Od niego mogło zależeć, czy inni członkowie społeczności przeżyją zimę.
Zastanawiam się, czy aby na pewno żyjemy w świecie, w którym opowieść o Windigo straciła znaczenie.
Hunger Moon się skończył. Ale nie dla wszystkich
Z perspektywy przeciętnego mieszkańca zamożnej części Europy głód może wydawać się problemem nieaktualnym.
Martwimy się raczej o to, czy jemy za dużo, czy wybieramy właściwą dietę, ile białka znajduje się w naszym posiłku i czy kupowane przez nas produkty są wystarczająco zdrowe, organiczne, nie zawierają GMO. Mamy superfoods i żywieniowe trendy. Kiedyś kawka na wynos, teraz matcha, a na deser dubajska czekolada.
Tymczasem według najnowszego raportu ONZ około 645 milionów ludzi doświadczało głodu w 2025 roku. To 7,8 procent mieszkańców Ziemi. Około 2,1 miliarda ludzi doświadczało umiarkowanego lub poważnego braku bezpieczeństwa żywnościowego.
Według raportu „Ukryty głód dzieci” 364 tysiące dzieci w Polsce żyje poniżej progu skrajnego ubóstwa. W badaniu uczniów klas IV–VIII ponad 15% przyznało, że często lub zawsze bywa głodne.
Oczywiście współczesny głód nie wynika po prostu z tego, że bogata część świata zjada jedzenie biedniejszej.
Jego przyczyny są znacznie bardziej skomplikowane: konflikty, ubóstwo, ceny żywności, kryzysy gospodarcze, zmiany klimatu, nierówny dostęp do ziemi i zasobów oraz problemy z dystrybucją.
Ale pozostaje niewygodne pytanie: jak wykorzystujemy zasoby planety, skoro setki milionów ludzi wciąż nie mają wystarczająco dużo jedzenia?
I tutaj wracamy do jednego ze śladów Windigo, które wskazuje Kimmerer.
Ogromne pola, które nie karmią
Kimmerer wymienia wśród śladów Windigo przemysłowe monokultury rolne. To bardzo ciekawy przykład, jeśli spojrzymy na współczesny system produkcji żywności.
Około połowy nadającej się do zamieszkania powierzchni lądowej Ziemi wykorzystujemy obecnie na rolnictwo.
Produkcja zwierzęca zajmuje zdecydowaną większość gruntów rolnych, jeśli uwzględnimy zarówno pastwiska, jak i pola wykorzystywane do produkcji pasz. Według danych zestawionych przez Our World in Data na podstawie wielkiego badania Josepha Poore’a i Thomasa Nemeceka około 80 procent gruntów rolnych związanych jest z produkcją mięsa i nabiału, podczas gdy produkty zwierzęce dostarczają znacznie mniejszą część światowych kalorii i białka. Około 38 procent gruntów uprawnych służy produkcji pasz dla zwierząt.
To nie oznacza, że każdą łąkę można zaorać i obsiać fasolą ani że każda roślina przeznaczona na paszę nadawałaby się do zjedzenia przez człowieka. Ten system jest bardziej skomplikowany.
Produkcja mięsa wymaga nie tylko ziemi, na której znajdują się zwierzęta. Wymaga również ziemi, na której produkujemy jedzenie dla zwierząt.
A to sprawia, że zaspokojenie naszej potrzeby jedzenia może wymagać bardzo różnych ilości zasobów zależnie od tego, co wybieramy. Dla przykładu, według danych opartych na badaniu Poore’a i Nemeceka wyprodukowanie 100 gramów białka z wołowiny pochodzącej ze stad mięsnych wymaga średnio wielokrotnie więcej ziemi niż wyprodukowanie tej samej ilości białka z roślin strączkowych czy tofu.
Nie piszę tego jako argumentu, że wszyscy powinniśmy jutro zostać weganami. Sama nie jestem weganką, chociaż staram się, kiedy mogę, wybierać roślinne alternatywy i nie jeść mięsa codziennie ani przy każdym posiłku.
Co Windigo powiedziałby o systemie, który wykorzystuje ogromne ilości ziemi i roślin, żeby zaspokajać nasze potrzeby w jeden z najbardziej zasobochłonnych sposobów?
Moim zdaniem jemy zbyt dużo mięsa – i zbyt dużo żywności marnujemy. Tym trudniej uzasadnić ogromną ilość ziemi i plonów, które przeznaczamy na produkcję paszy dla zwierząt.
Monokultura nie patrzy w przyszłość
Ziemia nie jest fabryką. Kimmerer wielokrotnie wraca w swojej książce do tego, że świat naturalny nie jest magazynem surowców istniejącym wyłącznie po to, żebyśmy mogli je z niego pobierać. A intensywne rolnictwo może zostawiać po sobie ślady bardzo podobne do tych, które zostawia Windigo.
FAO (Food and Agriculture Organization of the United Nations) wskazuje, że intensywne rolnictwo i monokultury mogą prowadzić m.in. do utraty składników odżywczych gleby, pogorszenia jej struktury, erozji i spadku bioróżnorodności glebowej. Intensyfikacja rolnictwa wiąże się również z utratą węgla i składników odżywczych z gleby.
Jeśli ta wizja kojarzy wam się z pierwszymi scenami w filmie Interstellar – nie jesteście sami ;)
Najnowszy raport FAO poświęcony temu problemowi zwraca uwagę, że degradacja ziemi wywołana działalnością człowieka już wpływa na produktywność rolnictwa i szczególnie dotyka grupy podatne na brak bezpieczeństwa żywnościowego.
I tutaj koło zaczyna się zamykać. Eksploatujemy więc ziemię coraz intensywniej, żeby produkować więcej, jednocześnie osłabiając jej zdolność do produkowania żywności w przyszłości.
Trudno mi tu nie wrócić do Windigo: im więcej zjada, tym bardziej jest głodny.
Antidotum na Windigo to nie „mniej”
I tutaj wracam do pytania, które zostało ze mną po nagraniu filmu: co właściwie jest przeciwieństwem Windigo? Minimalizm? Pusta szafa? Chyba nie do końca.
Windigo nie jest przecież potworem, który posiada dużo. Jest istotą, która bierze dla siebie bez końca.
Dlatego przeciwieństwem: „więcej dla mnie” nie musi być: „mniej dla mnie”.
Może być nim: „więcej dla innych”.
Można posiadać niewiele i nadal myśleć wyłącznie o sobie.
Można też mieć dużo i dzielić się pieniędzmi, czasem, wiedzą, przestrzenią, jedzeniem czy innymi zasobami.
I tutaj jeszcze lepiej rozumiem trzy idee, które powracają u Kimmerer: wystarczalność, wdzięczność i wzajemność.
Enoughness. Gratitude. Reciprocity.
Potrafię zauważyć, że mam wystarczająco.
Potrafię być wdzięczna za to, co otrzymałam.
A skoro otrzymałam – mogę również podzielić się z innymi.
Bez tego ostatniego kroku nawet minimalizm może stać się bardzo indywidualistycznym projektem.
Mnie wystarcza niewiele. Ja jestem wdzięczna. Ja czuję się dobrze ze swoim prostym życiem.
Tymczasem opowieść o Windigo od początku dotyczyła przecież wspólnoty.
Belongings i belonging
Dlatego tak bardzo podoba mi się gra słów, którą Kimmerer wykorzystuje w książce.
Belongings – to, co posiadamy.
Belonging – przynależność.
Windigo przekonuje nas, że bezpieczeństwo i szczęście znajdziemy w pierwszym. Kimmerer kieruje nas w stronę drugiego.
Bo jeśli naprawdę czuję, że należę do społeczności, jej dobro nie jest już czymś całkowicie oddzielonym od mojego.
Jeśli naprawdę czuję, że należę do świata naturalnego, las, rzeka czy gleba nie są wyłącznie zasobami, których wartość zależy od tego, co mogę z nich otrzymać.
Może więc zamiast zastanawiać się wyłącznie, czego powinnam mieć mniej, warto zapytać: czego w moim życiu powinno być więcej?
Relacji.
Troski.
Wzajemności.
Dzielenia się.