W ostatnich miesiącach zauważyłam u siebie pewien paradoks. Im bardziej rozwijają się narzędzia, z których korzystam w pracy, tym częściej szukam miejsc, w których… właściwie nic się nie dzieje.
Nie chodzi o spektakularne podróże ani o wyjazdy w góry. Kiedy jestem na wsi u mojej mamy, najczęściej wybieram zwykłą łąkę nad Narwią. Nie ma tam infrastruktury turystycznej, atrakcji ani punktów widokowych. Jest za to przestrzeń, cisza i krajobraz, który zmienia się wraz z porami roku.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właśnie takie miejsca działają na mnie najlepiej. Czy to wyłącznie kwestia osobistych preferencji, czy może istnieją badania, które tłumaczą ten mechanizm?
Okazuje się, że odpowiedzi od lat szukają psychologowie, neurobiolodzy i socjologowie.
Koniec uwagi – problem współczesności
Współczesna praca coraz rzadziej wiąże się z wysiłkiem fizycznym. Znacznie częściej wymaga natomiast ciągłego podejmowania decyzji, analizowania informacji i przełączania uwagi między zadaniami.
Do tego dochodzą komunikatory, powiadomienia, media społecznościowe i nieustanny strumień bodźców. Praca ze Sztuczną Inteligencją dodaje do tego kolejny poziom złożoności.
Psychologowie Rachel i Stephen Kaplan już w latach 80. zauważyli to zjawisko, i w odpowiedzi sformułowali Attention Restoration Theory – teorię regeneracji uwagi.
Według nich przez większość dnia korzystamy z tzw. uwagi kierowanej (directed attention). To rodzaj koncentracji, który wymaga świadomego wysiłku. Dzięki niemu rozwiązujemy problemy, planujemy, uczymy się i pracujemy.
Problem polega na tym, że ten zasób nie jest niewyczerpany.
Po wielu godzinach intensywnej pracy zaczynamy odczuwać zmęczenie poznawcze. Trudniej nam się skoncentrować, łatwiej się irytujemy, spada kreatywność. Z pomocą przychodzi bycie w otoczeniu natury.
Co ciekawe, Kaplanowie nie twierdzili, że każdy kontakt z naturą automatycznie regeneruje. Według nich środowisko powinno spełniać cztery warunki, aby rzeczywiście pomagało odzyskać uwagę i zmniejszyć zmęczenie psychiczne.
Po pierwsze, powinno dawać poczucie oderwania od codzienności (being away) – nawet jeśli nie wyjeżdżamy daleko, ważne jest, że na chwilę wychodzimy z rutyny. Po drugie, powinno być na tyle rozległe (extent), aby można było poczuć się częścią większej przestrzeni. Trzecim elementem jest tzw. łagodna fascynacja (soft fascination) – krajobraz przyciąga uwagę, ale nie wymaga wysiłku. Szum wody, poruszające się na wietrze trawy czy śpiew ptaków angażują nas w naturalny sposób, pozwalając odpocząć przeciążonym mechanizmom koncentracji. Ostatni warunek to dopasowanie (compatibility) – miejsce powinno odpowiadać naszym potrzebom i temu, czego w danym momencie szukamy.
Patrząc z tej perspektywy, moja łąka nad Narwią spełnia wszystkie cztery kryteria. Nie jest wyjątkowa dlatego, że jest spektakularna. Jest wyjątkowa dlatego, że pozwala mi choć na chwilę wyjść z codziennego rytmu, zanurzyć się w krajobrazie i po prostu być.
To właśnie dlatego kontakt z naturą bywa tak regenerujący. Nie dlatego, że „wyłączamy mózg”, ale dlatego, że pozwalamy odpocząć mechanizmom odpowiedzialnym za świadome skupienie.
Spacer jako inwestycja w mózg?
Wpływ natury na samopoczucie to jedno. Coraz więcej badań pokazuje jednak, że znaczenie ma również sam ruch.
Jednym z najbardziej znanych badań dotyczących wpływu ruchu na mózg jest eksperyment przeprowadzony przez zespół z University of Pittsburgh. Przez rok grupa wcześniej mało aktywnych osób starszych regularnie uczestniczyła w treningach marszowych. Po zakończeniu badania naukowcy zaobserwowali około 2-procentowy wzrost objętości przedniej części hipokampa – struktury odpowiedzialnej m.in. za pamięć i uczenie się. Co więcej, poprawiły się również wyniki związane z pamięcią przestrzenną. Autorzy badania podkreślają, że regularna aktywność aerobowa może częściowo odwracać związane z wiekiem zmniejszanie się objętości hipokampa.
Spacer po lesie czy łące może działać podwójnie. Z jednej strony korzystamy z dobroczynnego wpływu ruchu na mózg. Z drugiej – naturalne otoczenie zmniejsza obciążenie uwagi i pomaga odzyskać psychiczną równowagę. To właśnie połączenie aktywności fizycznej i kontaktu z przyrodą sprawia, że tak zwykła czynność jak spacer potrafi przynieść zaskakująco dużo korzyści.
To ważne przypomnienie, że aktywność fizyczna nie służy wyłącznie mięśniom czy układowi krążenia. Jest również jednym z najprostszych sposobów wspierania zdrowia mózgu.
Dlaczego zachwycamy się krajobrazem?
To pytanie wykracza już poza psychologię.
Krajobraz od wieków był przedmiotem zainteresowania filozofów, geografów i kulturoznawców. Co ciekawe, przez większą część historii Europy dzika przyroda wcale nie była postrzegana jako coś pięknego. Góry kojarzyły się z niebezpieczeństwem, bagna z chorobami, a lasy z tym, co nieoswojone.
To, że dziś zachwycamy się dzikim krajobrazem, wcale nie jest oczywiste. Przez większą część historii Europy góry, bagna czy gęste lasy kojarzyły się raczej z niebezpieczeństwem niż z pięknem. Dopiero w XVIII i XIX wieku, wraz z rozwojem estetyki romantyzmu, natura zaczęła być postrzegana jako przestrzeń kontemplacji, zachwytu i spotkania z samym sobą. W pewnym sensie nauczyliśmy się patrzeć na krajobraz nie tylko jak na fragment przyrody, ale również jak na doświadczenie estetyczne i kulturowe.
Dzisiaj ten sposób patrzenia wydaje się oczywisty (nomen omen – naturalny), ale w rzeczywistości jest elementem naszej kultury.
Być może dlatego tak chętnie fotografujemy zachody słońca, samotne drzewa czy mgłę unoszącą się nad rzeką. Stąd ostatnio trendujące treści o wyborach Europejskiego Drzewa Roku, zachwyty nad śreżogą. Kolejki na wystawę dzieł Chełmońskiego, który dokumentował zwykły polski krajobraz. Natura podoba nam się nie tylko dlatego, że „jest ładnie”, ale dlatego, że wpisują się w głęboko zakorzeniony sposób jej przeżywania.
Paradoks współczesnej turystyki
Jednocześnie coraz częściej odnoszę wrażenie, że kontakt z przyrodą również zaczynamy traktować zadaniowo.
Szukamy „najpiękniejszych miejsc”, „ukrytych perełek”, punktów widokowych z listy „must see”. W mediach społecznościowych krajobraz staje się tłem do zdjęcia, a nie przestrzenią do doświadczenia.
Tymczasem jedne z najcenniejszych miejsc często znajdują się kilka kilometrów od domu. Nie mają one własnej strony internetowej. Nie są oznaczone na mapach jako atrakcje. Nie pojawiają się w rankingach.
To zwykłe łąki, lasy czy nadrzeczne ścieżki, które zyskują wartość dopiero wtedy, gdy zaczynamy naprawdę je zauważać.
Odpoczynek jako kompetencja
Coraz bardziej przekonuje mnie myśl, że największym wyzwaniem współczesności nie jest nauczyć się pracować wydajniej.
Znacznie trudniej jest nauczyć się odpoczywać.
W kulturze, która premiuje produktywność, odpoczynek bardzo łatwo staje się nagrodą. Najpierw trzeba wszystko skończyć, odpowiedzieć na wiadomości i odhaczyć listę zadań. Problem w tym, że ta lista nie ma końca.
Być może właśnie dlatego warto potraktować kontakt z naturą nie jako luksus ani formę ucieczki od codzienności, ale jako element higieny psychicznej.
Nie trzeba mieszkać w górach, nad morzem, ani planować dalekich podróży. Czasem wystarczy zwykła łąka, ścieżka w lesie albo park, do którego można dojść pieszo.
Bo być może to nie krajobraz najbardziej się zmienia.
Być może zmienia się przede wszystkim sposób, w jaki na niego patrzymy.