Dobrostan to nie to, co się nam sprzedaje

dobrostan

Dobrostan to nie jest coś, co można kupić. Nie jest też stanem, który da się raz na zawsze osiągnąć. A mimo to współczesna kultura mówi o nim tak, jakby był obowiązkiem – czymś, co powinniśmy mieć pod kontrolą. Jeśli więc masz poczucie, że robisz wszystko „jak trzeba”: dbasz o siebie, rozwijasz się, stosujesz dobre praktyki – a mimo to czujesz zmęczenie lub napięcie, być może problem nie leży w Tobie. Być może leży w samej narracji o dobrostanie.

Więcej o kulturowych pułapkach noworocznych oczekiwań przeczytasz w moim poprzednim wpisie „Nowy rok, nowa ja? Kulturowa pułapka oczekiwań”.

Dobrostan jako projekt późnego kapitalizmu

Choć dziś słowo „dobrostan” wydaje się oczywiste, jego współczesne znaczenie jest historycznie bardzo młode. W 1948 roku Światowa Organizacja Zdrowia zaproponowała definicję dobrostanu jako czegoś więcej niż brak choroby – jako stanu pełnego fizycznego, psychicznego i społecznego zadowolenia. Był to moment przełomowy.

Z czasem jednak ta szeroka definicja została wchłonięta przez logikę kultury neoliberalnej. Kultury, w której jednostka staje się menedżerką samej siebie. Dobrostan przestaje być relacją ze światem, a zaczyna być zadaniem. Kolejnym projektem do realizacji. Obszarem ciągłej optymalizacji.

Samoregulacja jako forma kontroli

Język dobrostanu jest językiem obowiązku.

  • musisz o siebie dbać
  • musisz się regulować
  • musisz wiedzieć, co Ci służy

To język miękki, ale skuteczny. Nie opiera się na zakazach, lecz na obietnicy lepszego życia. W praktyce jednak zamienia troskę w normę moralną, a normę w źródło presji.

Samoregulacja – tak często przedstawiana jako wyraz wolności – staje się narzędziem kontroli. To już nie instytucje mówią nam, jacy mamy być. Robimy to sami. Monitorujemy swoje emocje, nawyki, ciało, produktywność i spokój wewnętrzny. Jeśli coś nie działa, odpowiedzialność spada wyłącznie na jednostkę.

Stoicyzm kontra imperatyw szczęścia

W tym miejscu warto przywołać stoików. Dla nich dobre życie – eudajmonia – nie polegało na stałym poczuciu komfortu. Przeciwnie. Polegało na akceptacji niepewności i na rozróżnieniu tego, co zależne od nas, od tego, co pozostaje poza naszą kontrolą.

Stoicyzm nie obiecywał harmonii za wszelką cenę. Nie traktował cierpienia jako osobistej porażki. Współczesna kultura wellness robi dokładnie odwrotnie – sugeruje, że dyskomfort jest błędem systemu, który należy natychmiast naprawić.

Ewangelia wellnessu i mit lepszej wersji siebie

Rina Raphael w książce Ewangelia wellnessu. Fałszywa obietnica dobrostanu pokazuje, jak głęboko ten mechanizm został skomercjalizowany. Żyjemy w świecie realnych kryzysów – ekonomicznych, klimatycznych, społecznych i zawodowych. Stres nie jest anomalią. Jest reakcją na warunki życia.

Narracja wellnessu systematycznie odcina ten kontekst. Zamiast pytać o przyczyny cierpienia, oferuje rozwiązania estetyczne i indywidualne. Medytuj. Oddychaj. Kup odpowiedni suplement. Zapisz się na trening.

W ten sposób odpowiedzialność zostaje sprywatyzowana. Jeśli nie czujesz się dobrze, to znaczy, że źle zarządzasz sobą. Jak zauważa cytowany przez Raphael Bill Sukala, marketing wellnessu precyzyjnie celuje w nasze słabe punkty – „każdą emocjonalną, psychiczną i cielesną ranę”.

Wellness sprzedaje mit ukrytej, doskonałej wersji nas samych. Spokojnej. Zharmonizowanej. Gotowej do wydobycia za pomocą właściwych narzędzi. Problem polega na tym, że ta obietnica nigdy nie może zostać spełniona. System potrzebuje naszego wiecznego braku.

Dobrostan jako norma moralna

W efekcie dobrostan przestaje być możliwością, a staje się wymogiem.
Nie – będzie miło, jeśli go masz.
Ale – musisz go mieć.

Im więcej produktów, praktyk i metod, tym silniejsze poczucie, że wciąż robimy za mało. A bardzo często dobrostan pogarsza się nie dlatego, że o siebie nie dbamy, lecz dlatego, że dbamy o siebie w sposób nieustannie oceniany.

Proces zamiast produktu

  • Jeśli dobrostan nie jest celem do osiągnięcia, nie musimy odkładać życia na później.
  • Jeśli nie jest produktem, łatwiej przestać szukać ulgi w konsumpcji. To także idea, którą poruszam we wpisie Jeden mały krok – powrót do wartości zamiast naprawiania siebie. Małe codzienne momenty, oparte na wartościach, dają więcej niż kolejne „projekty do samodoskonalenia”.
  • A jeśli jest procesem, możemy pozwolić sobie na gorsze dni bez poczucia winy.

To nie rozwiązuje problemów strukturalnych. Nie naprawia rynku pracy ani relacji władzy. Ale zmienia sposób, w jaki jesteśmy ze sobą, kiedy napięcie się pojawia.

Mniej wolniej lepiej. 7 prostych przepisów na to jak mieć mniej, żyć wolniej i czuć się lepiej
Dołącz do newslettera! Otrzymasz eBooka o minimalizmie. Raz na jakiś czas wyślę Ci powiadomienie o nowych wpisach.
I agree to have my personal information transfered to MailChimp ( more information )

Dodaj komentarz