Tematem przewodnim grudniowego numeru miesięcznika “Znak” jest pytanie “Ile nas dzieli od szczęścia”. To bardzo ważny temat – zwłaszcza w grudniu. Jeden z artykułów w szczególności wzbudził moje zainteresowanie – artykuł Agi Kozak pt.”Czy minimalizm umarł”.
Ten tekst jest moją odpowiedzią na pytanie postawione w „Znaku”, ale też próbą uporządkowania mojej własnej filozofii minimalizmu po latach praktyki.
Opowiadam o nim trochę w jednym z filmików na You Tube:
Sam tekst jest bardzo ciekawy i zgadzam się z tym, co jest w nim napisane niemal w 100%.
Autorka pisze np.:
Przed dekadą bestsellerami były książki o minimalizmie zero waste. Choć postulaty i ograniczenia konsumpcji czasu przed ekranem i ilości produkowanych śmieci nie straciły na aktualności, to my jakby straciliśmy wiarę, że coś da się z tym zrobić.
Treść artykułu jest trochę pesymistyczna, chociaż nie jest napisany w pesymistycznym tonie. Raczej odczytuję to jako ciekawość wobec zjawiska, co też jest mi bardzo bliskie.
Czy rzeczywiście straciliśmy nadzieję i znowu kupujemy na potęgę? To zależy od kraju. W USA według danych McKinsey w 2025 roku konsumenci kupowali mniej sztuk produktów, choć ich wydatki ogółem nie spadły. W Polsce z kolei sprzedaż detaliczna w październiku 2025 była o około 5% wyższa niż rok wcześniej, choć raporty z 2024 wskazują, że wielu konsumentów deklaruje bardziej ostrożne i świadome zakupy, również pod względem etycznym i ekologicznym.
Natomiast wracając do artykułu „Czy minimalizm umarł”, uważam, że artykuł w „Znaku” pokazuje minimalizm w dość jednowymiarowy i stereotypowy sposób.
Co ciekawe, wydaje się, że autorka sama jest minimalistką, bo pisze na przykład, że:
Naprawiam sprzęty, kupuję większość rzeczy w drugim obiegu. Nigdy nic nie nabyłam na platformie Temu nie ma poduszek z Homli osobnych na Halloween i Boże Narodzenie…
I to jest między innymi właśnie minimalizm. To, że nie musimy mieć osobnego kompletu dekoracji na każde święto, porę roku i okazję. Mam wrażenie, że używając słowa „minimalizm” autorka ma bardziej na myśli raczej styl urządzania wnętrz, co jest tylko jednym z wielu aspektów minimalizmu. To takie powierzchowne traktowanie minimalizmu, które jest najbardziej popularne w mediach głównego nurtu.
Kupowanie a globalny kryzys
Aga Kozak pokazuje przy tym też ciekawe perspektywy minimalizmu/konsumpcjonizmu, na przykład, że kupujemy, bo boimy się śmierci. Zastanawia się…
czy to nie widmo śmierci, tak samo jak wojny, głodu, pandemii, niedołężności czy starości. doprowadza do karnawału rozpasania, zawieszenia praw i nasycenia się życiem, tańcem, transem i tak dalej.
Globalne kryzysy nie sprawiają, że kupujemy więcej „bo świat się kończy”, tylko dlatego, że żyjemy w permanentnym stresie. A stres pcha nas w kompulsywne, emocjonalne zakupy. Na same kryzysy często nie mamy wpływu, ale na to, jak regulujemy emocje – już tak.
I nie zrozumcie mnie źle. Ja głęboko wierzę, że zmiany systemowe są potrzebne, a działania wywierające wpływ na rządzących, protesty pokojowe itp są ważne. Jednak one wymagają dużo pracy i dużo czasu. W międzyczasie musimy też zająć się sobą, by nie wpaść w zupełny marazm i mieć siły walczyć. A minimalizm – w tym głębokim, emocjonalnym ujęciu – może być narzędziem do odzyskiwania sprawczości.
Zresztą kapitalistyczny system działa właśnie w tym celu, aby nas uśpić, zmęczyć ciągłym kupowaniem, pogonią za kolejnymi promocjami. Kapitalizm wzmacnia w nas przekonanie, że prawo do kupowania jest najważniejsze – co idealnie służy zarówno firmom, jak i politykom. Nie sądzę, że to tylko miły zbieg okoliczności.
Aga Kozak pisze też o tym, że minimalizm służy jako narzędzie przerzucania odpowiedzialności na jednostkę. Ja tego tak nie widzę. W jednym z moich nagrań przy okazji „Low Buy November” mówiłam o tym, że kupujemy i konsumujemy tak dużo nie dlatego, że jesteśmy wewnętrznie wadliwi, tylko dlatego, że żyjemy w takim, a nie innym systemie, który nas do tego dzień i noc namawia. Większość decyzji podejmujemy na poziomie podświadomym. W minimalizmie nie jest zaprogramowane, że to jednostka kupując i otaczając się nadmiarem przedmiotów jest winna.
Wierzę też, że my jako konsumenci, jako osoby, które wydają pieniądze na określone rzeczy, też mamy moc sprawczą. Możemy decydować co będziemy kupować, w jakiej ilości. Oczywiście kapitalizm, firmy, cała maszyna marketingowa bardzo mocno pracuje, żebyśmy nie mieli tej władzy nad własnymi wyborami, ale myślę, że w mniejszym lub większym stopniu jest to po prostu do zrobienia. Tylko trzeba poznać swoje własne wartości i własne potrzeby.
Minimalizm jako produkt
Aga Kozak skupia się na materialnym aspekcie minimalizmu, na przedmiotach, na rzeczach. Co oczywiście rozumiem, bo zapewne jest podyktowane przez ramy artykułu w czasopiśmie.
I rzeczywiście minimalizm jako trend też stał się (niestety) produktem. Dostrzegam negatywną stronę tego, że minimalizm stał się modny. Marie Kondo, przywoływana zresztą w tym artykule, ma swój własny sklep z minimalistycznymi gadżetami, co według mnie jest niezłą hipokryzją.
Obserwuję wielu minimalistów, którzy zaczęli iść w stronę produktu, zachwycając się pojemnikami czy systemami do przechowywania, których główną cechą jest to, że są ładne i drogie (a filmiki pokazujące, jak je poukładać mają dużo wyświetleń w mediach społecznościowych).
Dla mnie to nie jest prawdziwy minimalizm. Można powiedzieć, że ma on dwa oblicza. Pierwsza twarz minimalizmu to właśnie ten wizualny styl. To puste przestrzenie, stonowane kolory, puste blaty. Równo ułożone, identyczne pojemniczki.
I może właśnie dlatego tak wiele osób dziś „odrzuca” minimalizm – bo widzą głównie jego towarową, estetyczną wersję. Ten minimalizm interesuje mnie ostatnio coraz mniej. To, co mnie jeszcze w nim pociąga, to minimalizm jako filozofia życia.
Minimalizm jako filozofia oznacza dla mnie odkrywanie swoich prawdziwych, płynących z wnętrza potrzeb i posiadanie tylko tych rzeczy, które zaspokajają te potrzeby. Wyeliminowanie potrzeb, które są pozorne albo zewnętrzne, które są narzucane na przykład przez społeczeństwo, social media, kulturę influencerską, nasze „wyobrażone ja” i tak dalej.
Ciekawy aspekt tego odkryłam, gdy robiłam research do audycji o taniej modzie z Chin. Otóż chińskie platformy zakupowe są tak popularne wśród młodzieży czy nawet dzieci, ponieważ one jeszcze nie znają swojego stylu. Nie wiedzą, w jakich ubrania będą czuć się najlepiej, więc kupują co popadnie za grosze na Shein czy Temu. Sposobem na to jest odkrycie własnego stylu – to tarcza, która chroni przed nietrafionymi, impulsywnymi zakupami.
Mój manifest minimalizmu
Gdybym miała napisać mój manifest filozofii minimalistycznej, to myślę, że napisałabym coś takiego:
Mam tylko to, co jest MI potrzebne.
Robię to, co jest zgodne z moimi wartościami.
Pielęgnuję te relacje, które mi służą.
Inny aspekt filozofii minimalistycznej, który jest dla mnie ważny, to umiejętność zauważania i doceniania tego, co już mam. To dla mnie serce minimalizmu. Nie to ile mam przedmiotów. Czy mam ich mało, czy dużo. Czy mam czysty, czy zagracony blat. To nie o to chodzi, chociaż często od tego się zaczyna.
Takim prawdziwym minimalizmem, który moim zdaniem jest wartością i nurtem, który może pomóc zmienić świat na lepsze, jest właśnie ten głęboki minimalizm, który mówi o potrzebach i o tym, żeby odnaleźć to, co jest dla nas ważne.
Czy minimalizm umarł? Być może tak. Być może dobrze, że tak się stało. Ostatecznie jest to tylko nazwa, etykieta.
Być może samo słowo „minimalizm” nie jest właściwe, aby nazwać ten nurt, tę filozofię. Może bliżej jej do esencjalizmu. Zdaję sobie sprawę, że nazwa ta została zawłaszczona przez kapitalizm (jak niemal wszystko) – i być może już nam nie służy. Może trzeba znaleźć inne słowo.
Minimalizm jako maska
Paulina Wilk w świetnym felietonie w nowym numerze Przekroju pisze o tym, że minimalizm jest kostiumem, maską, fałszywą tożsamością:
Lecz aby nie wpaść w pułapkę fikcyjnej skromności, czyli w modę na minimalizm lub inny kostium będący zaledwie jedną z ofert lepszego stylu życia, trzeba wyjść z siebie.
Pięknie napisane – i ze słowami Pauliny też się zgadzam. Minimalizm jest jedną z ofert lepszego stylu życia. Być może są lepsze kostiumy, które można przymierzać, ale gorsze zapewne też.
Dla mnie minimalizm był początkiem wychodzenia z siebie. Zaczęło się od ubrań, od tych dosłownych kostiumów. Potem było zdejmowanie z siebie kostiumów symbolicznych, oczekiwań, które narzucałam sama na siebie, lub które narzucał mi świat. Zaczęłam dostrzegać i doceniać dobra niematerialne, odkryłam na przykład, że więcej szczęścia daje mi bycie w lesie niż w galerii handlowej.
Minimalizm nie jest celem ostatecznym, celem samym w sobie. Tylko pierwszym krokiem do odkrycia własnych wartości. Nie każdy musi mieć na tej drodze ten akurat etap, może są szczęśliwcy, którzy dochodzą do siebie naturalnie, od razu. Bez minimalizmu. Każdy ma inną drogę. Moja akurat była taka.
Minimalizm – nazwany tak czy inaczej – jest dla mnie narzędziem do życia bardziej świadomie. Jeśli moda na niego minęła, to może dobrze. Dzięki temu zostanie to, co w nim najcenniejsze.